Santo Subito - czyli tajemnice świętości Jana Pawła II piórem Andrea Tornielli w 5 rocznicę narodzin dla nieba.Nie wierzycie w cuda? Poczytajcie te książkę. Jaja jak kardynalskie birety - pisana chyba dla pensjonariuszy domu religijnie obłąkanych. Dowiedziałem się z niej, że Jan Paweł Drugi i Pan Bóg Pierwszy to byli (są?) koledzy!
Największe wrażenie zrobiły te fragmenty, w których autor opisuje, że Wojtyła biczował się w trakcie modlitwy i gawędził sobie z Maryją zawsze dziewicą, jej synem, a nawet z samym Bogiem Ojcem! Zatem bez zbędnych ceregieli zanurzmy się we fragmenty opowieści o człowieku, który kulom się nie kłaniał, ale za to bogom często, bo ich widywał codziennie:
„Kiedy czyta się pisma Jana Pawła II, odnosi się wrażenie, że człowiek ten przeżył swoje życie, każdą jego chwilę, całkowicie pogrążony w objęciach Boga niczym krzew ognisty pośród grani historii. Świadczą o tym niezliczone wypowiedzi ludzi, którzy spotkali Jana Pawia II nawet w ostatnich latach jego życia naznaczonych wyniszczeniem fizycznym i postępującą chorobą Parkinsona".
Wydaje się, że pośrednikiem pomiędzy JPII a Absolutem był ojciec Pio. Tak więc oszust, który za pomocą kwasu robił sobie stygmaty, uratował naszego papę od niechybnej śmierci. A jak? A tak:
„Relacja między polskim papieżem i świętym stygmatykiem trwała także po śmierci kapucyna. Ręka Ojca Pio była obecna na placu św. Piotra owego krytycznego dnia, 13 maja 1981 roku, kiedy Jana Pawła II dosięgły pociski wystrzelone przez Alego Agcę i o mało nie wykrwawił się na śmierć. Ojciec Święty był zawsze pewien: owego popołudnia, o 17.19, ręka z nieba skrzywiła tor kuli, która wykonała niezrozumiały slalom, omijając aortę, najważniejsze dla życia organy i kręgosłup".
Czyli, że co? Ze to już nie Maryja zawsze dziewica uratowała papę (jak tego chce większość katolickich świadectw i sam JPII), tylko tatko Pio?
Dalej czytamy że Niebu trzeba łaski wydzierać. Innymi słowy, nie jest ono do tych łask specjalnie skłonne i chętne. Na szczęście była Rita. No i Wielki Heros Cnót Wszelakich - czyli Jan Paweł II...
„Jan Paweł II rozmawiał z Bogiem. Codziennie i dosłownie! Nim stanął przed ludźmi, by Go reprezentować, prosił Boga, aby mógł być jego żywym obrazem. To samo działo się po celebracji: ledwie zdjął święte szaty, klękał w zachrystii i modlił się. Miałem zawsze to samo wrażenie, że nie ma go wśród nas. Od czasu do czasu podczas podróży wchodzi} jego sekretarz i, dotykając go delikatnie, zachęcał, by wyszedł z zakrystii, bo ludzie czekają, aby go pozdrowić (prezydenci, burmistrzowie, władze...), ale Papież prawie nigdy nie reagował: pozostawał pogrążony w głębokiej modlitwie i znów, w pewnym momencie, podnosił się sam albo dawał nam znak, byśmy mu pomogli".
Okazuje się, że im JPII bardziej popadał w demencję, tym częściej rozmawiał z zaświatami. Taka jakaś dziwna prawidłowość.
„Papież już wówczas nie chodził. Mistrz ceremonii i ja wnieśliśmy go w fotelu na platformę samochodu przygotowanego specjalnie na procesję. Przed Papieżem, na klęczniku, umieszczono monstrancję z Najświętszym Sakramentem. Podczas procesji Ojciec Święty zwrócił się do mnie, prosząc, by mógł uklęknąć. Prośba ta wprawiła mnie w zakłopotanie, bo Papież fizycznie nie był do tego zdolny. Po pewnym czasie Jan Paweł II powtórzył: - Chcę uklęknąć. (...) Tu jest Pan Jezus! Proszę... Chciał upaść na kolana, adorować obecność Chrystusa, którego widział. Nie chciał wobec tej obecności siedzieć".
Niestety, niektóre relacje pana Torniellego są takiego gatunku, że powinien się nimi zainteresować prokurator. Mamy tu bowiem z jednej strony ciężko chorego człowieka, z drugiej - jego otoczenie, które dokonuje swoistego aktu eutanazji. Tak znienawidzonej przez Kościół:
„W czasie choroby, kiedy chciało mu się pić, nie można mu było dać nic do picia, bo odpowiadał: - Tak bardzo musiał cierpieć Jezus.
(...) Bardzo często poddawał się umartwieniom cielesnym. Słyszałyśmy (relacjonuje jedna z zakonnic) to, bo w Castel Gandolfo mój pokój znajdował się stosunkowo blisko jego pokoju. Dawał się słyszeć odgłos uderzeń, gdy się biczował. Robił to, kiedy jeszcze był w stanie sam się poruszać (...). Zdarzało się, że spędzał noce na klęczniku, bez chwili snu. Rano widzieliśmy, że jest słabszy niż zazwyczaj i szeptaliśmy miedzy sobą: - Dziś nie spał...".
Na dzisiaj wystarczy już tych relacji - bo można się posikać jak niemowlę przepojone rumiankiem. Dość opowieści o człowieku (jeśli te opowieści są prawdziwe), który oszalał na punkcie Boga, ale także i swojej osobistej boskości. Jeśli religia to rzeczywiście opium dla mas (w co akurat bardzo wierze), to on był cały czas na rauszu w usakralnionym amoku. Czy w tym, co robił, był uczciwy? Wygląda na to, że tak. Fanatycznie uczciwy. Tym gorzej dla niego. I dla nas. Jeśli bowiem jeden z ważniejszych przywódców świata wierzy w to, że rozmawia z bogami, to... strach się bać.
Na szczęście bogowie ani nie potwierdzają podobnych rozmów, ani też nie podzielają związanej z nimi fascynacji. I pewnie tylko z tego powodu jeszcze istniejemy. Jako gatunek.